16

Maj

2016

15 PZU Cracovia Maraton

21/04/2016

Zaczynam pisać choć do maratonu jeszcze prawie 4 tygodnie. Pewnie będzie
wypadało skrobnąć kilka słów po, ale może ważne też to co wcześniej?

Ale co wcześniej? Podekscytowanie na pewno. Do dziś mam gęsią skórkę
na wspomnienie ostatnich metrów i mety z zeszłorocznej Warszawy. Ale
wątpliwości mnóstwo. Przygotowania w porównaniu do tych sprzed roku
wypadają mizernie. A przecież wtedy, jak się okazuje, nie było wcale
kolorowo. Wiosnę powitałem długotrwałą infekcją, która poza czasem
zabrała też sporo sił. Długich wybiegań planowałem o wiele więcej. Z
której strony nie spojrzeć, szkoda gadać…

A trasę maratonu przyjdzie pokonać w samotności. Roberto wystrzeli jak z
procy. Bo umie. A ja będę szurał swoim tempem. Kto „poda rękę” gdy
zabraknie paliwa? Wtedy była Kasia. Co będzie za miesiąc…?

11/05/2016

Już tylko chwilka, już tylko chwilka… Jestem napięty jak Artur Szpilka 🙂

W głowie totalny mętlik. Niby po treningach jakiejś strasznej tragedii
nie widać, ale pewności w zasadzie żadnej. Bo wszystko może się
zdarzyć. Podobno chłodna głowa przychodzi dopiero przy trzecim
podejściu bo za drugim człowiek za wszelką cenę chce poprawić wynik z
debiutu. Jaki zatem będzie rezultat tych poczynań? Już mógłbym biec.
Teraz. Dziś. I z głowy mieć 🙂

—————-
Już po! 🙂 Plan w 100% wykonany! Główne założenia były dwa: złamać
4 godziny i nie dać się zmęczeniu, nie pozwolić zmusić się do marszu.
Udało się!

FB_IMG_1463340415469

Poranek przed startem nerwowy. Niepewność. Ale i niecierpliwość.
Rozgrzewka, tysiąc myśli. Podchodzimy do linii startu. A w słuchawkach:
„Kto ma tyle wiary co ty?!”. No nie mogę, właśnie teraz… Tak teraz!
Mam tę wiarę! Jedziemy!

20160515_084353

Taktyka ustalona z Robertem: dajemy się wyprzedzić balonikowi z napisem
4:00:00 i trzymamy się blisko niego. Ale nie, wyprzedzić się nie daliśmy.
Pierwsza pętla maratonu poszła w zasadzie bez problemu. Na półmetku
znajome twarze wśród kibiców. Kasia, Mariusz, Paweł. No i przede
wszystkim Żona i Syn. Skrzydła u ramion. Na trasę wbiega Tomek, który
do tego startu mnie przygotowywał. Biegnie przez chwilę ze mną. Pyta jak
jest. Jest super!
Biegnę dalej. 24 km ok, nie mogło być kolorowo przez całą trasę, zmęczenie
kiedyś musiało się pojawić. Staram się przyzwyczaić do niego głowę.
Bo tam jest wszystko. Pić chce się coraz bardziej, ale bronię się z całych sił
przed popełnieniem błędu z Warszawy przed zbytnim napompowaniem
się wodą. Sił dodaje myśl o izotoniku na mecie. Trzecia dycha pęka. Ciężko,
ale krwi w ustach nie czuję. Dziesięć do mety. Patrzę na zegarek.
Utrzymać to! Już niedaleko!
Na 37km słyszę jak ktoś woła do mikrofonu: ja już się z wami żegnam,
przed wami końcówka. Piątka. Coraz ciężej. Niech już będzie ta Wisła.
Ten ostatni podbieg i kierunek: Rynek. 41 za mną.
Finisz! Długa prosta. Nagle obok znów wyrasta Tomek! „Nie
przyspieszaj, już tylko utrzymaj, już swoje zrobiłeś”! Zmęczenie
potworne. Słyszę: „Majkel, dajesz!” To Karolina i Antek. Serce
ciągnie do przodu. Jest! Cztery godziny złamane! Słaniam się na nogach.
Nieważne. Gdzie jesteście? Idą! Są! Antek ma koszulkę z napisem: DADDY
IS MY SUPER HERO”.
20160515_084441 Łzy stają mi w oczach. Uśmiech i płacz na zmianę. Radość wielka. Zrobione. Już nikt nie zabierze! Przytulam moich najwierniejszych, najważniejszych dla mnie Kibiców. Takie chwile warte są wszystkiego.
Do domu. Spokojnie. Byle nie odwiedzić po drodze żadnej knajpy. Kto był
w Warszawie, ten rozumie 🙂
_________________
„Nie musisz wierzyć w cuda. Wystarczy, że uwierzysz w siebie…”

Michał Woźniak