04

Maj

2015

II Bieg Lisów

25 kwietnia 2015 r. w Jędrzejowie odbyła się druga edycja „Biegu Lisów”. Do startu zgłosiło sie około 200 zawodników, metę przekroczyło 189 osób. Jako drużyna z Zagnańsk Biega znowu pokazaliśmy, że jesteśmy głodni kilometrów, bo w biegu wystartowało 14 osób i tym samym byliśmy najliczniejszą grupą reprezentującą jeden klub – Zagnańsk mały, ale za to jak rozbiegany! Zaskakujące jest, że frekwencja była dwa razy mniejsza niż w poprzednim roku– być może to przez fakt, że nowe imprezy biegowe pojawiają się jak grzyby po deszczu i każdy może wybrać coś dla siebie. My jednak nie mogliśmy odpuścić imprezy tak blisko od domu i w rezultacie zdobyliśmy Jędrzejów.

lisy

Ze strony organizacyjnej wszystko poszło bardzo sprawnie – pakiety odebraliśmy bez jakich kolwiek problemów. Sam bieg z uwagi na wysoką temperaturę był nieco uciążliwy, podbiegi (niezbyt strome, ale dość długie) też nie ułatwiały zadania, no ale nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Wielkim plusem była natomiast trasa poprowadzona po jednej pętli – czasami lepiej nie wiedzieć, co czai się za rogiem i po prostu biec w błogiej nieświadomości z nadzieją, że do mety będzie już z górki (albo chociaż płasko). Organizatorzy nie zapomnieli na szczęście o wodzie, której i tak zresztą  nie piłam, bo nie umiem z gracją posługiwać się kubkami w biegu (kolejny cel do zrealizowania, obym zdążyła przed maratonem).

Cała drużyna spisała się na medal, a właściwie na kawał solidnego medalu. Jedni zrobili życiówki, a inni pierwszy raz na zawodach nie dostali kolki. Niektórzy nauczyli się, żeby nie wybiegać z linii startu jak wściekłe charty – pieski ładne, ale podobno krótkodystansowce:) Najważniejsze jednak, że każdy wrócił do domu z medalem na szyi.

Z mojego amatorskiego punktu widzenia mogę dodać, że kluczem do sukcesu jest bieg stałym tempem (MOJE ODKRYCIE ROKU!). Do Jędrzejowa jechałam z nieśmiałą myślą, żeby poprawić wynik z Biegu Kazików (48:10) o kilka sekund. Tomek Rydzewski obiecał mi okiełznać moje dzikie zapędy (patrz wyżej: charty) i pilnować całą trasę mojego tempa. Pomoc się przydała, bo rzeczywiście na początku słyszałam co trochę: „zwolnij!”. Dodatkowo dzięki temu, że to Tomek kontrolował tempo, to ja, jako mały niewolnik statystyk (wiedziałam od kogo spisać międzyczasy :)) mogłam sobie biec bez telefonu w myśl zasady: „każdy dodatkowy bagaż ma wpływ na tempo biegu” – wiem, wiem… to dewiza na maraton, ale placebo działa nawet na 10 km 🙂 W ten oto sposób, bez słaniania się na nogach po przekroczeniu mety, poprawiłam wynik o minutę i miałam nawet siłę potruchtać po bieżni – po prostu sukces za sukcesem!

lisy podium

Apetyt rośnie w miarę biegania więc życzę wszystkim moim rozbieganym Przyjaciołom, żeby zawsze wracali do domu ze zrealizowanym planem – nieważne jakim.

Magdalena Wójtowicz

Galeria Wyniki