06

Paź

2015

37. PZU MARATON WARSZAWSKI

Miesiące przygotowań, latem pobudka o 5 rano (nawet w niedzielę!), żeby zdążyć przed upałem oraz mnóstwo przeczytanych artykułów o treningach, dietach i rozplanowaniu taktyki na cały bieg (oczywiście ilu autorów, tyle opinii). To w skrócie opis nerwowych przygotowań do mojego debiutu w maratonie.

medalOk. miesiąc przed startem zrobiliśmy ze znajomymi długie wybieganie, które mnie trochę uspokoiło, bo 34 km pobiegliśmy na totalnym luzie, ze średnim tempem 5:45 – ale, ale… tłumaczyłam sobie, że nie dobiegłam jeszcze do tej sławnej, mitycznej „ściany”, która dla mnie zacznie się pewnie gdzieś na 35 km, więc spokojnie, pracuj dalej i się nie chwal, bo na razie to nie ma za bardzo czym.

27 września, niedziela, godz. 4.00 – zbiórka pod szkołą i lecimy spełniać marzenia. Na stadionie spotkanie z Tomkiem Frydrychem, który dzień wcześniej odebrał nasze pakiety  i sam przytargał to wszystko na stadion – czyli 15 butelek z izotonikiem, koszulki i cała reszta ciastek i ulotek, które zazwyczaj wrzucane są do pakietu – Tomek, siłaczu, dziękujemy!

W maratonie wystartowało od nas  6 osób. Ponadto mieliśmy trzy drużyny biegnące w sztafecie maratońskiej (ekipa składająca się z trzech zawodników miała do pokonania dystanse ok. 12km, 9,5 km i 21 km). Czyli w sumie po warszawskich ulicach biegło 15 zawodników z AKS Zagnańsk Biega.

4

 

WYBIŁA GODZINA ZERO! Kilka minut przed 9:00 życzymy sobie wszyscy powodzenia i ustawiamy się na starcie. Chwilę po wystrzale startera, zanim zdążyła ruszyć nasza strefa czasowa, musiałam sobie oczywiście ubzdurać, że chyba przekręciła mi się wkładka w butach i zaczyna boleć kostka – była to oczywiście totalna ściema wymyślona przez mój znerwicowany umysł. Panika szybko minęła i ruszyliśmy razem z pozostałą masą ludzi.

Większość dystansu pokonałam z Kasią i Michałem – cudowna sprawa to wspólne bieganie, zawsze ktoś kogoś ciągnie do przodu i mobilizuje. Michał robił nawet przez chwilę za kelnera, bo podawał nam wodę i banany – dziękuję, głodna nie biegłam J. Tempo utrzymywaliśmy na w miarę równym poziomie aż do 30 km. Potem odłączyłam się od nich, żeby sprawdzić czy dam radę ostatnie 12 km pobiec nieco szybciej. No i sukces – ktoś musiał zburzyć dla mnie tę przeklętą ścianę, bo na żadną po drodze nie trafiłam, nogi same niosły, nawet się nie zmęczyłam, dużo gorzej czułam się po Wtórpolu.

Warszawa jak zwykle ma świetnych kibiców. Biegacze walczyli na trasie, a kibice rywalizowali między sobą w wymyślaniu coraz lepszych tekstów motywujących do walki z kilometrami – pozwalali dzięki temu na chwilę zapomnieć o zmęczeniu i odganiali jakieś absurdalne myśli, że nie damy rady.

3

Zapisując się na maraton chciałam po prostu dobiec do mety bez słaniania się na nogach, choć jak chyba każdy miałam jakieś ciche marzenie, którym się z nikim nie dzieliłam, na złamanie 4h30min (jako debiutantka nie miałam wielkich wymagań). Na mecie ogromna satysfakcja i nagroda za przepracowany sezon – 42 km 195 m przebiegnięte w czasie 04:10:24! Pewnie na niektórych osobach ten czas w ogóle nie robi wrażenia i zastanawiają się o co tyle zamieszania. Inni może myślą sobie, że ukończenie maratonu jest jakąś abstrakcją – otóż okazuje się, że wszystko jest możliwe, i to bez wielkiej rewolucji.

2

I najważniejsze. Tomek, DZIĘKUJĘ!!! za wyciąganie mnie na te wszystkie wybiegania i podglądanie mojego dziennika biegowego (byłoby mi po prostu wstyd, gdyby przez moje lenistwo pojawiła się jakaś luka w planie treningowym J ) – sama pewnie nie byłabym taka konsekwentna. Mój maraton to też Twoja zasługa.

Magdalena Wójtowicz