25

Mar

2015

Skoro 40 Lat to nie wiek, to 40 kilometrów to nie odległość

„Skoro 40 Lat to nie wiek, to 40 kilometrów to nie odległość” – słów kilka o motywacji i stawianiu celów

Mija rok odkąd pojawił się nieśmiały przebłysk tego szalonego, jak mi się wówczas wydawało, pomysłu. Na tyle szalonego, że nawet do siebie o tym głośno nie mówiłam, a co dopiero komuś. I jednocześnie pół roku od jego realizacji…

Dlaczego teraz o tym piszę?

Wtedy też zaczynała się wiosna, dzień się wydłużał, słonko grzało coraz mocniej i człowiek zaczynał powoli wychodzić z zimowego letargu. Przypływ energii zachęcał do robienia planów.

Dotychczasowa aktywność, głównie nordic walking, już nie wystarczała. Nogi chciały przyspieszyć. Ledwo zaczęłam biegać, a już w głowie pojawiały się dystanse dwucyfrowe, a najczęściej ten z czwórką z przodu. Może miało to związek z przypadającymi na ten rok pierwszymi urodzinami z czwórką z przodu… To taki okres w życiu (niektórzy zwą go kryzysem wieku średniego :), kiedy robimy bilans dotychczasowego życia i zastanawiamy się, co tak naprawdę chcielibyśmy jeszcze w życiu zrobić, kiedy dociera do nas, że tak zwane „wszystko” się nie zmieści. Znawcy tematu radzą zrobić „Listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią” i umieścić na niej nasze wszystkie marzenia z górnej półki, nawet te, w których realizację teraz nie wierzymy. Po prostu zamknąć oczy i spisać rzeczy, które byśmy zrobili, gdybyśmy nie mieli żadnych ograniczeń finansowych, zdrowotnych i innych, bo jak pokazuje życie większość ograniczeń jest tylko w naszej głowie. Ja już przeszłam przez ten etap i mam swoją listę, a na nie pozycję „przebiec maraton”.

Wszystkie racjonalne przesłanki, mądre artykuły branżowe i doświadczenia znajomych biegaczy kazały się nie spieszyć, powoli szlifować formę. Wiedziałam, że mają rację i że tak naprawdę, to ja nie wiem jeszcze, jak zachowa się mój organizm przy dystansach powyżej 10 km. Ale chciałam, żeby mój cel był ambitny, żeby motywował mnie do systematycznej pracy i był światełkiem, kiedy dopadnie mnie zniechęcenie. Wyszukałam sobie program treningowy „MARATON – 24 TYGODNIOWY PLAN DLA POCZĄTKUJĄCYCH”. Przede wszystkim chciałam sprawdzić, co powie mój organizm na stały przyrost dystansów i jak zniesie długie wybiegania. I okazało się, że współpracował całkiem nieźle. W między czasie wyklarował się mój cel. Stwierdziłam, że na prawdziwy maraton jest dla za wcześnie, ale jak by tak spróbować przebiec 40 km dokładnie w dniu 40 urodzin? Dla mnie bomba! To był jeden z tych pomysłów, co to wstrząsa całym jestestwem i sprawia, że łza się kręci w dołku.

Początkowo nic nie zakłócało planu treningowego, potem jednak pojawiły się różne zaburzenia: wakacje (uciekły najdłuższe wybiegania) i choroba na 2 tygodnie przed 40-tką. Na tydzień przed urodzinami ledwo przebiegłam 8 km… Fakt, że zaraz po chorobie i to nie było moje tempo, ale pojawiło się lekkie zwątpienie. Jednak nie chciałam rezygnować. Precyzyjny cel i plan jego realizacji był w głowie: urlop zaplanowany (urodziny wypadały w czwartek, a to musiał być ten konkretny dzień), cała logistyka domowa i przygotowany graficzny motywator, który po biegu miał poinformować znajomych, że się udało:

Motywator

Gdybym miała przesunąć to wszystko choćby o jeden dzień, motywacja by się posypała…

Rodzinę powiadomiłam o swoich zamiarach dopiero na kilka dni przed. Wiedziałam, że czeka mnie ostatnia próba charakteru, że w trosce o moje zdrowie i bezpieczeństwo, będą próbowali mnie odwieźć od zamiaru. Ale moja determinacja była chyba wypisana na czole, bo szybko przeszli do wersji asekuracji biegu. I jestem im za to naprawdę wdzięczna.

40-tka na 40-tkę

Bardzo długo niosły mnie emocje i adrenalina. Poza tym, podsumowanie 40 lat życia też zajmuje chwilkę :).

Pierwszy kryzys pojawił się około 26 km i wtedy przy drodze „wyrósł” znak ‚KONIEC OGRANICZENIA DO 40‚ – taki jak na moim motywatorze. Łzy stanęły mi w oczach ze wzruszenia, nowy zastrzyk adrenaliny dodał mi skrzydeł i kryzys minął jak ręką odjął. Kolejne 5 km minęło spokojnie. Po 32 km zaczęły się podbiegi – te same, co 20 km wcześniej, ale uwierzcie, że w moim odczuciu przewyższenia były wielokrotnie większe :). Nie zatrzymałam się – dałam radę. Dopiero ostatnie 4-5 km to był już bieg przeplatany marszem.

To swoiste podsumowanie 40 lat życia na dystansie 40 km zajęło mi 5 godzin i 6 minut. I te 306 minut zaliczam do najlepiej zainwestowanych w moim życiu.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że dla jednych to żaden wyczyn, jeśli biegają kilka maratonów rocznie łamiąc kolejne bariery czasowe. Są i tacy co powiedzą, że ten dystans jest w ogóle poza ich zasięgiem (też tak kiedyś myślałam). Ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że dla mnie, w tym konkretnie momencie życia był to mój własny, prywatny Everest, który zdobyłam. I nikt mi tego nie odbierze.

A co potem?

Poza tym, że wszędzie przy drogach widzę same znaki „40-tki”. Daję słowo, chyba je podostawiali… :).

Potem przyszła codzienność. Ale czy ta sama? Nie. Już nie jestem tą samą osobą. Przełamywanie własnych ograniczeń (najczęściej tych głęboko zakorzenionych w głowie) zmienia w nas coś nieodwracalnie.

I piszę o tym teraz, bo właśnie teraz korzystam z tego bardziej niż w chwilach pierwszej euforii. Mam ten wyczyn w pamięci i na liście dokonań, z których jestem dumna.

Gdy mam paskudny dzień, przestój, spadek formy…, zaglądam do mojej listy i już wiem, że ciemne chmury nadciągają tylko po to, żeby za chwilę znów mogło wyjść słońce. Wiem na co mnie stać. I jeśli tylko mam taką możliwość – idę pobiegać. Po 5 kilometrach wszystko się rozjaśnia (nawet jeśli na dworze zapada zmierzch), po 10 km nad moją głową niebo jest czyste (nawet jeśli leje jak z cebra), a po 15 km mam gotową listę rozwiązań dla rzeczy wydawałoby się nierozwiązywalnych. Cuda wymagają nieco dłuższych dystansów :).

A teraz?

A teraz znów czuć w powietrzu wiosnę… Co by tu w tym roku…?

Ciekawa jestem, co Wam nieśmiało lub całkiem śmiało podpowiadają pierwsze cieplejsze promienie Słońca?

PS. Dopiero co nadeszła kalendarzowa wiosna, jeszcze śniegiem straszą, a wokół już sypią się życiówki i przełomowe dystanse. Zapowiada się fajny rok… :).

40-ka_foto-do-artykułu

Katarzyna Wdowczyk