24

Maj

2016

Perły Małopolski

Mieszkanie w Górach Świętokrzyskich nie czyni ze mnie biegaczki górskiej. Taka oczywista oczywistość na początek.

Od marca żyłam wyjazdem do Szczawnicy na mój pierwszy w życiu bieg górski. Zapisałam się razem z Tomkiem na dystans długi (20,9 km). „Perły Małopolski” to cykl imprez biegowych organizowanych w parkach narodowych. W ich skład wchodzą zawody w Skale, Szczawnicy, Zawoi, Kościelisku i Rabce-Zdroju. Postanowiliśmy pojechać w piątek, żeby pozwiedzać trochę okolice – jak się później okazało, aklimatyzacja mi nie pomogła 🙂 W piątek i sobotę były rowerki i spacerki, a w niedzielę godzina zero.

13285659_10201691862775095_758829070_n

Nasza godzina zero wybiła w samo południe, w chyba najcieplejszy dzień w tym roku! 25° C i Słońce to nie najlepsza pogoda na debiut w górach. W czasie kiedy się rozgrzewaliśmy, z głośników słyszałam komentatora, jak rzucał statystykami  odnośnie zeszłorocznych rekordzistów na tej trasie. Najszybsza kobieta wbiegła na metę z czasem ponad 2 godzin. Przecież mój przeciętny czas na półmaratonach wynosi ok. 1 godz. 50 min.!!! Pomyślałam, że może być dosyć ciężko (naiwna ze mnie istota, wiem). Po profilu trasy wiedziałam, że najgorsza będzie pierwsza dyszka, bo ok. kilometr za linią startu czeka nas 4-kilometrowy strzał pod górę – trzeba było się jakoś wdrapać na Bereśnik, później zbiec od północnego-wschodu przez uzdrowiskową część Szczawnicy. Maszerowanie pod górę zaczęło się już na 2 km. Rekompensatą za te męczarnie był niesamowity widok na Pieniny i Tatry – wtedy miałam jeszcze siłę co chwilę mówić „Jak pięknie!”. Na pierwszej 10 km pętli najgorsze było uczucie, kiedy podczas zbiegania mijała mnie rzesza ludzi – jak widać nie potrafię beztrosko krzyknąć „z górki na pazurki!” i lecieć w dół po korzeniach albo śliskiej od piachu kostce brukowej. Chwila wytchnienia czekała na mnie na ok. 8 km, kiedy dobiegliśmy do Grajcarka i wzdłuż niego biegliśmy niemal płaską ścieżką rowerową. Tak bardzo dostałam po dupie na tym odcinku, że byłam przekonana, że najgorsze już za mną, bo druga dyszka nie ma tylu podbiegów (nauczka na przyszłość – profil trasy nie jest odzwierciedleniem skali trudności). Na moście na Grajcarku jedni skręcali w  prawo do mety (koniec 10 km biegu), a my ciśniemy w lewo i od razu strzał pod górę. Na stoku punkt z wodą i bananami – jeszcze nigdy tak długo nie stałam na przy punkcie z wodą. A w zasadzie to nigdy nie stałam przy wodopoju – tu, bez żadnych wyrzutów sumienia. Jak już się najadłam i napiłam, chciałam iść dalej – dobrze, ze Tomek mnie motywował do biegu/truchtu. Pierwsza dyszka była raczej po suchym podłożu, a tu błoto i woda płynąca strumieniami. A jeśli już było sucho, to wyrastały mi przed oczami kamienie i korzenie.

13282610_10201691862855097_686753541_o

Byłam mega rozczarowana moją kondycją. Sapałam jak jakaś stara lokomotywa, a kilometry dłużyły się niemiłosiernie. Chyba ok. 1 km przed Szafranówką zaczęły się „podbiegi” pod prawie pionowe (przynajmniej ja to tak widziałam) ściany usiane schodami ze skał i korzeni – brakowało tam tylko łańcuchów do podtrzymywania. Tomek trochę odbiegał i czekał na mnie na końcu podbiegów. Łyk izo i wody i dalej kilkadziesiąt metrów biegu, żeby znów poczuć jak odcina mi prąd. Jak zorientowałam się, że jestem po południowej stronie Palenicy, to przez chwilę łudziłam się, że zaraz zbiegamy w dół do Grajcarka. ZONK! Kolejny podbieg. Na ok. 15 km – woda. Znowu krótki postój. Później niezbyt stromo w dół po trawie. Po chwili trasa wiodła wzdłuż Klimentowskiego Potoku. Nawet nie próbowałam przeskakiwać przez wodę. Wybawieniem było dla mnie chlapanie zimną wodą po łydkach. Na dole czekał Tomek – chyba długo, bo zaczął się bawić moim telefonem i robił zdjęcia. Musiałam nieciekawie wyglądać, bo już nie odbiegał ode mnie i pilnował żebym nie wypiła z pragnienia całej wody z bukłaka. Na tym odcinku już chyba każdy myślał, że biegniemy w dół prosto do Szczawnicy – w końcu pojawiły się wokół nas jakieś zabudowania. Okazało się jednak, że organizatorzy biegu postanowili z nas zakpić i przygotowali nam kolejny strzał pod górę. Strzał nie byle jaki, bo ja prawie po kostki w błocie, które mocno zasysało buty. Ja ledwo unoszę stopy, żeby się nie potknąć o źdźbło trawy, a tu muszę się z błotem szarpać. Za zakrętem polana, chyba 3 km do mety, a ja nie mam nawet siły schodzić po trawiastym zboczu. Chce mi się płakać z bezsilności i zmęczenia, świadoma, że muszę jakoś zejść na dół, bo nie mogę tu sterczeć w nieskończoność. Jak to dobrze mieć obok Tomka –  złapał mnie za rękę i ślimaczym tempem, dobry kilometr, schodziliśmy z chyba najłagodniejszego zbocza jakie miałam do zaliczenia – wszyscy mijali nas biegiem. W końcu doszliśmy do Grajcarka i resztkami sił zebrałam się do tego, żeby trochę szybciej wymachiwać tymi nogami – w końcu przyjechałam tu biegać! Szuraczym tempem, potykając się o własne stopy, ramię w ramię z Tomkiem, mijając ludzi opalających się nad rzeką, dotarłam do mety. Kiedy Tomek poszedł oddać czipy, ja się popłakałam. Jak odruch bezwarunkowy. Sama byłam zaskoczona, że siedziały w mnie takie emocje. Za chwilę przyszedł sms – 3:03:57 WOW! Jeszcze godzina i by mnie zdjęli z trasy.

13275767_10201691862815096_1120183322_n

Przed biegiem naiwnie myślałam, że bieg górski nie może być aż taką masakrą. Jestem taka wybiegana, w końcu mam za sobą maraton, Wtórpol i zeszłoroczny bieg w Krajnie – oj, głupia! Dobrym tekstem rzucił na trasie jeden z biegaczy – „Jak Perły, to przecież morze. A jak morze, to płasko! ”. No, nazwy mogą być mylące 🙂

13278158_10201691862735094_998365556_n

Magdalena Wójtowicz