10

Lut

2017

Półmaraton Tarczyn

Podobno znowu ma być minus milion stopni więc na rozgrzanie powspominam sobie bieg, który miał miejsce, kiedy było ok. 40°C cieplej.

Mowa o półmaratonie w Tarczynie – królestwie soków. Aż trudno uwierzyć, że kilka miesięcy przed biegiem, w dniu opłacania startu, zastanawiałam się, czy będzie jeszcze ładna pogoda do biegania. O zgrozo!, nie pamiętam już czy było powyżej, czy niewiele poniżej 30°C –za to pamiętam na pewno, że rozgrzewka przed biegiem nie była potrzebna. Żeby dobić, start o 11 (w sumie jak się biegło we Wtórpolu, to taka godzina latem już nie dziwi).

Pomimo pogody, bieg wspominam bardzo miło. Trasa płaska jak stół (nie licząc pierwszych 2 km) więc idealna do robienia życiówek – no chyba, że ktoś chce iść na rekord świata, to zawrotka na 11 km może trochę wybić z rytmu. Cała trasa wiedzie przez okoliczne wsie. Gdyby ktoś opadał z sił, to może się pokusić o malutką kradzież jabłka z sadów, które nam towarzyszyły. Minusem tych sadów było jednak to, że nie dawały ani odrobiny cienia. Na szczęście od 8 do 14 km biegliśmy przez las – było trochę czasu na zebranie sił przed ponowną walką z żarem. Na wspomnianej zawrotce czekała na nas wymodlona kurtyna wodna. Dodatkowo pod jednym domem, byliśmy polewani przez dwie „wolontariuszki” w samych bikini – nie wiem, czy męskiej części biegaczy to bardziej pomagało, czy szkodziło 😉 Dalej już bez żadnych ekscesów, dreptając po gorącym asfalcie (pierwszy raz w życiu czułam jak mnie parzą stopy), dobiegło się do mety. Kilometr przed końcem biegu był jeszcze mały power, bo przebiegając pod kościołem miałam wrażenie, że grają „Anielski orszak” – „Hola, hola! Naprawdę tak źle wyglądam? Nic mi nie jest!”.

 

A teraz najlepsze albo, zależy jak na to spojrzeć, najgorsze. Jakimś cudem okazało się, że z czasem 1:53:19 można zająć pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej – zakładam, że wszystkie rywalki wystraszyły się pogody. Chociaż fakt, tłumów też nie było, bieg ukończyło 335 osób. Nie piszę tego, żeby się chwalić, tylko ku przestrodze. Słuchajcie mądrej po szkodzie koleżanki Magdy: czytajcie dokładnie smsy, które dostajecie od organizatora z wynikami. Może się okazać, że chcą Was jakoś wynagrodzić  za ten pot wylany na trasie. Szkoda, że ja w swojego smsa wczytałam się dopiero za Radomiem – nagrody trzeba przecież odbierać osobiście, przelewów nie realizują. Chyba trzeba będzie się odegrać w tym roku i zawalczyć o swoje 😉

Magdalena Wójtowicz