18

Kwi

2016

Zwiedzanie przez bieganie, przystanek ŁÓDŹ

Maraton w Łodzi to kolejne przeżycie w mojej przygodzie z bieganiem. Po trzech maratonach w Warszawie,  przyszedł czas na zmianę i padło na Łódź, ale po kolei.

  12986939_701874586581574_8660922724414473831_nŻeby się nie opieprzać w zimę wymyśliłem sobie wiosenny maraton, a żeby nie było jeszcze za ciepło i nie za daleko postanowiłem pobiec w Łodzi. Zapis po nowym roku, autorski plan treningowy i ‘maszyna ruszyła’. Bywało ciężko, jak to w zimę:  pogoda( lód i śnieg na ścieżkach) , jakaś grypka (10 dni bez biegania), bóle przeciążeniowe, ale w miarę uczciwe przygotowanie i odwrotu nie ma.

  Do Łodzi startuje w sobotę, droga spokojna, meldunek w hotelu i wycieczka po mieście do Atlas Areny po pakiet. Bardzo sprawny odbiór, troszkę makaronu na Pasta Party i powrót na nocleg. Pobudka 6.30 i pierwszy ‘zonk’ miały być chmury a tu słońce w pełnej krasie, ale nic to do 9.00 się zachmurzy jak mówili. Poranne ogarnięcie, rozgrzewkowy spacerek na start, tradycyjnie ustawienie gdzieś na końcu stawki, dreptanie z nogi na nogę motylki w brzuchu,  strzał i jedziemy po raz kolejny królewski dystans. Początek spokojnie i równo, lekko pod górę bez tłoku i przepychanek. O 9.00 miasto jeszcze spało po sobocie bo kibicowsko słabiutko, aż do 9 km. tam  wbieg na Piotrkowską i masa ludzi, słynne piękne murale na scianach i dużo muzyki, potem lekko w bok Łódź Fabryczna i  EC1 Nowe Centrum,  mnóstwo budynków z czerwonej cegły i w dół na stare dzielnice, a tam klimat „Ziemi Obiecanej”, czekałem z której bramy wyjdzie Olbrychski, Pszoniak lub Seweryn by pobiec do swej przędzalni, ale też sporo ‘cwaniaczków’ z piwkiem w ręce oceniających biegowe koleżanki.

  Kolejne kilometry to klimaty Łódzkiej filmówki, byli Krzyżacy, Bolek i Lolek z Tolą (niektóre Tole były fajniutkie), zwierzaki, umarlaki, duchy i inne przebierańce ogólnie super, ale ale słońce już nie świeci zaczyna smarzyć. Wbiegamy w osiedle loftów, widać ‘biedotę’, robimy agrafę (nie nawidzę nawrotek) i połówka z bani. Pojawia się pierwsze pragnienie, a słońce coraz wyżej. Balonik na 4.00 w zasięgu wzroku, ale czuję  że raczej nie ma co się spinać i lekko odpuszczam. Zaczynają się pierwsze dyskusje z innymi biegaczami, kto jest skąd który to maraton, wspólne narzekanie na słońce i takie tam. 28 km. to pierwszy ‘prywatny’ punkt odżywczy i decyzja że biegnę na ukończenie. Wbiegamy na Retkinie, osiedle ze studentami i lepiej uważać co podają w kubkach J, jest ok. 12.00 teraz to już smarzy niesamowicie, pić się chce jak we żniwa, a tu też pierwsze kolki bo brzuch pełny od płynów. 35 km. drugi ‘prywatny’ punkt, teraz to już z górki choćby na rzęsach to do mety. Masę roboty mają służby medyczne, widoki niespecjalne, gorąc dał niektórym po dupie, a nie umieli odpuścić i co chwila karetki na sygnale. Od 40 km. przyspieszam bo już widać hale, endorfiny robia swoje, pętelka wokół Atlas Areny i jest upragniona meta. Wewnątrz ‘dyskoteka gra’, niesamowite wrażenie i mnóstwo kibiców, medal na szyję i czwarty maraton zaliczony. Nieważny czas i miejsce, bo na mecie uśmiech od ucha do ucha i satysfakcja że dało się to zrobić inaczej. Bez zwątpień na trasie i większego zmęczenia na mecie (trochę pazury wyją ale to żadna nowość), powolutku i z głową by przy tej pogodzie nie zrobić sobie krzywdy. Potem tramwajem na hotel, nie odważyłem się na spacer, w samochód i do domu.

  Łódzki Maraton będę wspominał zawsze z dużym sentymentem, bo była to nauka jak pogoda i dyspozycja dnia ma wpływ na końcowy wynik. Nie zrobiłbym tego gdyby nie moja najwierniejsza kibicka i motywatorka na trasie Magda, która towarzyszyła mi podczas tej wyprawy, a dla której był to powrót do swego studenckie miast, gdyby nie Ty mógłbym tego nie skończyć, wielki dzięki !!! Madzia. A teraz czas pomyśleć co pozwiedzam biegowo na jesień.

A kto chce może korzystać z mojego autorskiego planu treningowego.
P-L-A-N-M-A-R-A-T-O-Ń-S-K-I
                                                                                                          TOMASZ RYDZEWSKI